RATUJMY MALUCHY CZ. II - ZBIERAMY PODPISY W PRZEDSZKOLACH !!!

wtorek, 09 kwiecień 2013 04:19

BRAWO DLA WÓJTA GMINY MROZY

poniedziałek, 08 kwiecień 2013 07:49
Jest idealny sposób na "kłamstwo przedszkolne" - mówi wójt gminy Mrozy na Mazowszu. W tej gminie żaden rodzic nie musi martwić się ani rekrutacją, ani punktami i kombinować na samotną matkę. Miejsca w przedszkolach są tam dla wszystkich chętnych. Wójt opowiada, jak to zrobił.  
 W Warszawie i innych miastach, gdzie brakuje miejsc w przedszkolach, rodzice przy rekrutacjidzieci dostają dodatkowe punkty za samotne ich wychowywanie. 

Co roku wywołuje to mnóstwo kontrowersji i gorące emocje, ponieważ panuje przekonanie, że z przywileju dla samotnych korzystają także ci, którzy tylko takich udają. Po prostu kłamią przy zapisach do przedszkoli. Wszystko po to, żeby mieć pewność, że dziecko zostanie przyjęte. W przeciwnym razie trzeba je zapisać do przedszkola prywatnego, które jest znacznie droższe. O tej corocznej walce o punkty pisaliśmy w "Gazecie" w czwartek w tekście "Sposób na samotną matkę".

Małgorzata Zubik: A jak w gminie Mrozy liczone są punkty przy przedszkolnej rekrutacji? 

Dariusz Jaszczuk, wójt wiejskiej gminy Mrozy koło Mińska Mazowieckiego: Jakie punkty? Nie ma żadnych punktów. Jest wstępna rekrutacja, ale podanie można przynieść w sierpniu czy we wrześniu. Miejsca w przedszkolach są dla wszystkich chętnych.

Preferencje przy przyjmowaniu dzieci nie są więc potrzebne? 

- Nie.

Jak pan to zrobił? 

- W Mrozach jest jedno przedszkole publiczne dla 75 dzieci. Myślałem już o rozbudowie, nawet dwukrotnym powiększeniu placówki, bo zauważyłem, że zaczyna brakować miejsc. Pomyślałem jednak, że można wykorzystać do tego podmioty prywatne. Przeprowadziłem kampanię na rzecz tworzenia placówek niepublicznych. W ciągu dwóch lat powstały w Mrozach, gdzie mieszka 3,4 tys. ludzi, cztery niepubliczne przedszkola. Nieduże, na 35-40 dzieci. Zniwelowałem opór przed ryzykiem, właściciele brali na to kredyty, tłumaczyłem, że nie zabraknie dzieci. Utworzyliśmy też poza Mrozami przy wiejskich szkołach jeden oddział i jeden punkt przedszkolny dla 3-5-latków, powstał też jeden prywatny.

Ale przedszkola niepubliczne muszą zarobić. W Warszawie są nawet kilka razy droższe niż publiczne. Ile w pana gminie płacą rodzice? 

- Zrobiliśmy to tak, że rodzice za prywatne przedszkola płacą tyle samo, ile za publiczne, w granicach 300-350 zł. W publicznym drugie dziecko z rodziny płaci połowę stawki, a trzecie w przedszkolu jest za darmo, nawet jeśli nie wszystkie dzieci są w naszej gminnej placówce, gdy np. starsze rodzeństwo rodzice przenoszą do niepublicznego, bo mają je bliżej domu. W niepublicznych też są zniżki, ale trochę mniejsze. 

I przedszkola niepubliczne wychodzą na swoje? 

- Tak, dostają od nas dotację, 75 proc. kwoty utrzymania dziecka w przedszkolu publicznym, i to im wystarcza.

W Warszawie by to nie przeszło. 

- Pewnie tam droższe jest utrzymanie budynków, wyżywienie. 

Dlaczego władzom gminy zależało akurat na przedszkolach? 

- Chodziło o młodych ludzi, zaczynali od nas uciekać. Byle dwa przystanki bliżej do Warszawy, tam gdzie praca. Widziałem matki, które po urodzeniu dziecka były w ciężkiej sytuacji, przecież w firmach nie chcą czekać 2-3 lata na pracownika, nawet jak jest dobry. Coś musieliśmy z tym zrobić, trzeba było pomyśleć o przedszkolach. Dzisiaj nawet jak jest babcia i dziadek w domu, rodzice wysyłają dziecko do przedszkola. Zmienia się świadomość.

Ile dzieci jest przedszkolakami? 

- Jakieś 88 proc. Wszystkie, których rodzice decydują się na wysłanie dzieci do przedszkoli. Byłem ostatnio na konferencji w Kancelarii Prezydenta RP i opowiadałem, jak u nas jest. Była też pani z Portugalii, pokazywała dane, tzw. wskaźnik uprzedszkolnienia sięgający 85-90 proc. Nie mamy się czego wstydzić.

Małgorzata Zubik, Gazeta Wyborcza